Korzystając z naszej witryny, wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookie. Używamy ich w celu poprawy jakości z tej strony, specjalnie dla Ciebie, pomagają nam zrozumieć Twoje potrzeby (pomagają nam zbierać statystyki), pomóc naszym partnerom dostarczyć odpowiednią zawartość wyświetlaną na naszej stronie internetowej. Aby dowiedzieć się więcej na temat plików cookie kliknij tutaj .

cookies
noimage

Devín Zamek Bratysława

O tym, że Słowacja słynie z urokliwych zamków, przekonałam się jakiś czas temu. Jechałam autobusem do Bratysławy, tęskliwie wyglądając przez okno i marząc, by móc z bliska obejrzeć chociaż jeden z nich.

Marzenie spełniło się dość szybko, bowiem w planie wyjazdu była również niedzielna wycieczka, podczas której miałam zwiedzić ruiny zamku Devín. Jak na książkowego mola przystało, zdążyłam wcześniej zajrzeć do przewodnika turystycznego, by mieć przedsmak tego, co wkrótce miałam ujrzeć na własne oczy. Niestety, srodze się zawiodłam, ponieważ o zabytku napisano tylko kilka zdań (co stawiało go w cieniu okazałych budowli Orawy i Spisza), a na zdjęciu widniała zaledwie jedna baszta na wysokiej skale. Nic nie stało mi jednak na przeszkodzie, by zobaczyć tę pamiątkę na własne oczy, tym bardziej, że pogoda tego lata była szczególnie łaskawa.

Zamek zauroczył mnie od pierwszego spojrzenia. Mieści się na przedmieściach stolicy, ale w czarującym otoczeniu zielonych winnic i dwóch rzek. Skąpane w słońcu potężne ruiny na skale z dumą prezentują się na tle malowniczego krajobrazu. Kuszą tajemnicą, która kryje się wewnątrz zachowanych murów, lecz aby ją odkryć, wystarczy przejść przez bramę. Za nią zaś na wyciągnięcie ręki czekają skarby dla prawdziwych miłośników dawnych dziejów. Pozostałości starej kaplicy, ślady prowadzonych badań i wykopaliska archeologiczne, dziedziniec ze starą studnią. To tylko początek. W tym miejscu można wysłuchać opowieści przewodnika o tym, kto odbywał w XIX wieku wyprawy (bynajmniej nie bojowe) na Devín i dlaczego baszta (ta ze zdjęcia w przewodniku) była świadkiem tragicznej historii miłosnej.

Zaopatrzona w wiedzę mogłam w spokoju obejść wszelkie zakamarki i pozostałości po zamkowych salach, a od czasu do czasu zerkać na Dunaj sponad grubych murów. Dopiero wtedy mogłam sobie wyobrazić, jak cudownie musiało być tu przed wiekami, skoro same ruiny zrobiły na mnie tak kolosalne wrażenie. W mgnieniu oka zamek podbił moje serce, zapewne dlatego, że zachował specyficzny klimat – można poczuć tu pewną aurę potęgi, narodowej dumy, dramatycznych wydarzeń. Czarujące ruiny przyciągają jak magnez nie tylko wielbicieli historii.

Do Devína wracam co pewien czas zasadniczo z dwóch powodów. Jeden jest oczywisty. Fantastyczny zamek nadal wzbudza we mnie ogromne emocje, choć z czasem chyba coraz się wzruszam, gdy na niego patrzę. Jest jeszcze jedna przyczyna – u podnóża ruin znajduje się stoisko z miejscowym winem porzeczkowym. Devín, wino i Dunaj – więcej mi chyba do szczęścia nie potrzeba.

Text Monika Szydłowska